Pani Janina, 1929


Urodziłam sześcioro dzieci, i tylko ostatnie w szpitalu.
Pierwsza córka Danuta urodziła się 31 października 1955. To był ciężki poród, boleści duże. Do lekarza nie chodziłam, żadnych badań nie robiłam. Przyszła do mnie akuszerka Maria Legutkowa. Urodziłam w swoim domu. Zaczęło się dużo wcześniej, trzymało mnie cały dzień. Trochę pochodziłam, trochę poleżałam. Duży ból. Od czasu do czasu mnie zbadała. Dłużyło się. Mama była w domu, mąż był na delegacjach. Akuszerka siedziała przy stole, herbatę wypiła. Oczywiście jak ja chciałam, to mogłam się ruszać. Był poród – a potem przez tydzień przychodziła i kąpała dziecko. Nie wiem jakie duże było dziecko. Nie miałam wagi, nie miałam porównania. Włoski miała. Pamiętam zmęczenie. Ja musiałam odleżeć prawie tydzień, bo ja mała a dziecko duże. Karmiłam miesiąc, może półtora. Miałam krowę, mleko się rozcieńczyło, później dodatkowo dawałam grysik, musiałam przecież iść w pole.
Druga córka Cecylia urodziła się po roku, 22 listopada 1956. Do wszystkich porodów wołałam tę samą akuszerkę. Ona była taka fajna, posiedziała, nie pospieszała. Poród był podobny, równie ciężki. Długo się te porody pamiętało.
Trzecie dziecko, Stanisławę, urodziłam w kwietniu 1957, dlatego to imię, bo pasowało, szło na patrona. Pamiętam że urodziłam w niedzielę po południu. Sąsiad jechał ochrzcić syna, a akuszerka dawnym zwyczajem jechała z nimi na wozie do kościoła, miała trzymać dziecko i była proszona na chrzciny, tak zwykle bywało. Zawołali ją do mnie. Zeszła z wozu i przyszła. Pojechali do kościoła bez niej, a zanim wrócili, to już moje dziecko było na świecie. To był lżejszy i szybszy poród, może córka była trochę mniejsza, może miała 2,7 kg. Pamiętam że Stasia miała czarne włosy. Wszystkie dzieci podobnie karmiłam, może z półtora miesiąca, bo robota nie czekała. Męża przy mnie w tej izbie nie było. Akuszerka sobie sama przygotowała wszystko, wodę do mycia dziecka też. Nie schodziłam z łóżka, urodziłam na leżąco.
Czwarte dziecko, Barbarę, urodziłam 11 września 1959. Jak rodziłam, to starsze dzieci były w innym pomieszczeniu. Średnio to wszystko pamiętam. Wtedy były ziemniaczane wykopki, ale ja nie kopałam, tylko teściowa kogoś zmówiła. Było bardzo dużo pracy. Ziemia, krowy, kury, gęsi, dzieci. Wołało się akuszerkę, jak już były mocne bóle, ale i tak chwilę posiedziała. Pamiętam że ręce myła do  każdego badania.
Piąte dziecko urodziłam 22 lutego 1963. Małgorzata. Ona już nie żyje. Ten poród był już po śmierci babci. Mróz był wtedy na 30 stopni. Krowę przychodziła kuzynka wydoić. Starsze córki pilnowały reszty dzieci. Nie było żadnych badań w ciąży. I trudno strasznie było o jakieś ubrania dla dzieci. Kolejki za ubraniami, pieluchami. Wszystko trzeba była wygotować na piecu, piec na blachach. Mieliśmy w starym domu dwa pokoje i kuchnię.
Szóste dziecko urodziłam w szpitalu. Elżbieta, urodziła się 15 lipca 1969 roku. Wody mi odeszły w środę, zawołałam akuszerkę, zbadała mnie i poszła bo jeszcze nic się nie działo. Rano przyszła znów, po sześciu godzinach już mnie to zaczęło niepokoić i ją to samo. Ona szła do mnie a ja do niej i tak się spotkałyśmy na moście. Ona mnie wysyłała do szpitala. Dziecko pojawiło się o 10 wieczorem, a rano przecież nie działo się zupełnie nic. Długo czekałam, dali mi łóżko, był dr Kalicki, potem szły dwa ostrzejsze bóle, i po nich coraz większe. W czwartek urodziłam, a w niedzielę wyszłam. Córka była dosyć duża, miała duże policzki, włosy też miała.
W szpitalu było nie najgorzej, chociaż wolałam w domu. Najważniejsza jest dobra obsługa. Ale po porodzie dziecko zostało zabrane, nie było go przy mnie. Przynosiły tylko do karmienia. To pamiętam najbardziej ze szpitala. Miałam wtedy 40 lat i to było moje ostatnie dziecko. Szpital był stary, ta przybudówka-porodówka. W szpitalu wszystko jest urządzone tak, żeby lepiej było lekarzowi, a nie rodzącej.
Nie widziałam wcześniej porodów. Mama miała ośmioro dzieci ale nigdy mi nie powiedziała, jak to jest. Najważniejsza jest praca akuszerki. Ona to robiła z serca. Pieniędzy brała tyle, ile ludzie dali. Jak kto nie miał, to i dał mało co. Nie pamiętam, jakie to były pieniądze.
Jestem zadowolona, że miałam same córki, bo nie wiem jak bym sobie poradziła, gdybym miała chłopców chuliganów. Ojciec chciał mieć chłopaka. Imiona dla dzieci wybierali w rodzinie i nawet mnie nie pytali.
I takie to moje życie. Sześć córek, wnuków 14, prawnuków 16. Dużo pracy.


Sabina Jakubowska