Pani Anna, 1935

Wszystkie moje dzieci rodziły się w domu. Był szpital w mieście, ale przecież wystarczyło, że przyszła do domu akuszerka, Sosinka. W domu jest dobrze.
Najpierw był stary, drewniany, mały dom po rodzicach, ojcowizna. Dzieci się rodziły, a z udogodnień był wózek i krowa, nie takie rozkosze jak teraz mają.
Urodziłam pięć córek. Mąż przeważnie pracował. Dzieci widział już urodzone. Każdą jedną córkę przyjął serdecznie.
Pierwsza Marysia. Urodziła się 4 października 1957. Były bóle. Męża nie było, w Hucie pracował, był bardzo dobrym murarzem. Mieszkałam sama. Moja mama zawołała akuszerkę. Przyszła akuszerka i była przy mnie. Długo się rodziło to pierwsze dziecko. Chodziłam, wstajałam. Akuszerka wyścielała łóżko takim specjalnym materacem. Gdy się główka pokazała, to dopiero weszłam na łóżko i już na łóżku się córka urodziła. Pokazuje mi Sosinowa to dzieciątko, a tu malutka cała biała w tej mazi. Bardzo się tym zadziwiłam. Ale akuszerka nie kazała myć dziecka, bo to będzie dzięki temu cera ładna gdy się tę maź na noworodku zostawi. Bóle miałam przed łożyskiem. Łożysko akuszerka wyniosła, nie paliła, zakopała. Dopiero potem na drugi dzień umyła dziecko. Potem co drugi dzień przychodziła, żeby ją umyć. A przy mnie zrobiła co trzeba. Krwawiło się dosyć. Podmywała mnie ziołami, nie wiem czym. Była to dobra i znana akuszerka. Pocieszała mnie, „Nie martw się Haniu”, mówiła. „Jak najwięcej karmić”, tak mówiła. Karmiłam piersią 7 albo 8 miesięcy. Dziecko było zawinięte w pieluszkę i kocyk i takie brałam do karmienia. Albo w powijaku, czasem się dawało ceratkę do środka. W nocy cały czas karmiłam piersią. Wstałam, przewinęłam, nakarmiłam, podniosłam do góry, odbiło się i spało dalej. Z poszwów my robiły pieluszki. Ze starych miękkich poszewek, trzeba było to wygotować. Powijak uszyłam, do środka dałam pierze uskubane z gęsi. Koszulki szyłam, wszystko sama. Byłam samoukiem. Miałam maszynę do szycia. Prałam na praczce, mydliłam mydłem, wygotowywałam. Pierś mi obierała. Miód przykładałam, i bułkę, i siemię, aż dopiero się otwarło, pękło, i się zagoiło. Czy córka była duża, nie. Nie miała włosków. Miałam zgagę w ciąży. Robiło się w polu do ostatka. Były wykopki, a mnie ta zgaga męczyła. Przez to Marysia nie miała włosków, przez tę zgagę. Ale potem miała bardzo ładne włoski. Maria daliśmy jej na imię, bo to Matki Boskiej szło wtedy. Tak pasowało.
Druga córka dostała imię po babci Zosi, mojej mamie. Urodziła się 5 stycznia 1959. Roboty w polu nie było. Dość szybko to poszło, jak już bóle chwyciły. Nie ma dla niej słów, jak bardzo dobrą akuszerką była pani Sosinowa. Przychodziła, pocieszała, masowała brzuch i krocze, i kazała chodzić nie leżeć. „Haniu chodź, chodź, nie przejmuj się bólami, bo się wnet urodzi”. Mówiła kiedy przyć, jak pękłam to szyła. Babcia Zosia wzięła małą Marysię, a kiedy wróciły, to już było dziecko. Przeważnie moje dzieci rodziły się w dzień. Nigdy to nie było dużo godzin. Zosia miała włoski. Karmiłam ją tyle samo, 8 miesięcy.
Trzecia córka to Basia. Ładne imię, tatusiowi się podobało. Też urodziła się w starym domu i też była pani Sosinowa do pomocy. To było 29 marca 1961 roku. Basia miała wielkie włosy i też cała w tym mazidle. Po siódmym miesiącu karmienia dawałam już mleko od krowy pomieszane z wodą a potem grysik. Pojechaliśmy do młyna w Wojniczu z własnym ziarnem i młynarz nam własnego grysiku namełł. I trzeba było sobie radzić. Krówka, wózek i w pole, a z powrotem zawiązać jeszcze bojtko na plecach, z trawą dla krowy na potem. Dostałam od kogoś taki jakby pas i wiązałam dziecko do siebie z przodu i tak chodziłam w pole. Jak trochę podrosło, to zawiązałam dziecko do tyłu w tę wielką kraciastą chustkę na plecy i tak poszłam. Raz to nawet dziecko wiozłam w pole na taczkach. Ciotka Wichta pomagała w polu i bardzo się dziwiła, jak ja to dziecko wiozę, a przecie jakoś trzeba było zabrać je ze sobą. Pierś się szybko potarło, mleko się pojawiło i dziecko się szybko nakarmiło a potem sobie spało. Raz to nawet z mężem wzięliśmy na żniwa łóżeczko na wóz, czy to może wykopki były, czy jaka inna robota. Dzieci siedziały w tym łóżeczku pod drzewem i czasem spały, czasem się śmiały, a czasem płakały, ale myśmy musieli jakoś zdobyć dla nich jedzenie. Z ostatnim zjazdem wozu wracaliśmy z tym łóżeczkiem.
Czwarta córka Bogumiła, urodziła się 29 października 1963. Późna była jesień, już po zbiorach. Wszystko dobrze, naturalnie. Pamiętam że w ocynkowanej wannie to się robiło takie nasiadówki przed porodem. Pani Sosinkowa jak zwykle mi pomagała. Ona rozszerzała, masowała. Badała mnie co jakiś czas. Czasem przytrzymała brzuch żeby stópki się odbiły przy parciu. Przyjemnie było z nią rodzić.
A piąta Małgosia, urodziła się 12 lipca 1970 roku. Ostatnia. Była powódź we wsi, mąż był wtedy w Krakowie, dowiedział się o tym i się martwił, co ja zrobię. Gosia już w nowym domu, o w tym pokoju się rodziła. Starsza córka pobiegła po Sosinkę. W szkole mieli kolonie i ona tam była za pielęgniarkę. Czekały córki w drugim pokoju. Nie potrzebne były do pomocy, bo Sosinka sama sobie radziła. Zawołała moje córki, gdy dziecko było już na świecie. Tę małą Gosię wychowały najstarsze córki. Łazienka była w domu, to już było łatwiej. Córki były zadowolone, że mają siostrę. Obsługiwały mnie.  Nazbierały mi czereśni. Pojadłam i dziecko potem mi płakało, miało kolki, bo to na pokarm poszło. Ta Basia miała 7 lat i ona wybawiła Gosię bo starsze już chodziły do szkoły. Jak pojechałam raz po młóto, to ona jej przypilnowała, wzięła na ręce i jak laleczkę nosiła. Ja wracam z tym młótem, a ona nosi tę małą przy drodze.
Były dzieci nauczone do pracy, najlepiej dzieci od początku uczyć, żeby potem miały poszanowanie dla ludzi. Dzieci mam bardzo dobre, i takie czułe, jedna za drugą by w ogień poszła. Wnuków mam dużo, 17, prawnuków też mam dużo a następne w drodze.
Wcześniej przed moimi dziećmi to nigdy nie widziałam, jak się dziecko rodzi, ani kobiety nie opowiadały. Teraz wszystkie wiedzą, uczą się o tym. To jest dobre.


Sabina Jakubowska