Pani Anna, 1923

Gdy miałam 18 lat, to mnie zabrali na roboty do Niemiec zamiast mojej siostry. Pracowałam w Bawarii, bauerka uczciwa kobieta, jej mąż był na wojnie, miała małe dzieci. Po jakimś czasie uciekłam. Długa była moja tułaczka, ale mnie święta Anna przeprowadziła bezpiecznie przez trzy granice. Wróciłam do mamy. Za rok o tej porze ucieczki brałam ślub – 28 lutego.

Pierwsze dziecko: Miałam 20 lat, gdy wyszłam za mąż i za 11 miesięcy urodziło się dziecko – córka Marysia – 17 grudnia 1943 o godzinie 4 po południu. Była wtedy wojna. Jak sobie przypomnę, to mnie ciarki przechodzą. Mieszkałam u mojej mamy. Byłam młodziutka, opracowana w tej niewoli, miałam niedobory witamin. Niemcy krowę zabrali i tylko woda w studni i to, co na polu urosło. Chleba nie brakowało, ale było ciężko. Dźwigałam wiadra, nosiłam – z tego powodu było zagrożenie i musiałam leżeć 6 tygodni wcześniej przed porodem. Miałam bóle które bardzo mi dokuczały. Jak leżałam, było lepiej. Dlatego leżałam.
To był bardzo długi poród – właśnie dlatego, że byłam zmizerowana i nie miałam siły, i przez to leżenie. Zaczęło się na wieczór, i trwało całą dobę. Z początku chodziłam po izbie, pokwękiwałam, była przy mnie akuszerka Maria Legutkowa – bardzo miła była. A na drugi dzień przybył lekarz, doktor Jan Brzeski. Już mi bóle ustawały, wtedy doktor zastrzyk mi dał, na 3 razy, po trochu, po tym miałam silne bóle. Lekarz mówił „to ja urodziłem, nie tyś urodziła”, bo bardzo pomagał, naciął na końcu, i potem zeszył. Dziecko było bardzo długie i duże – 3,800. Wszystkie moje dzieci miały włosy na głowie, były dobrze odżywione, zbudowane – choć ja taka szczupła – ale ich ojciec był zbudowanym człowiekiem. Pępowinę odcięli od razu, na 5 palców odmierzyli. Położna kąpała dziecko a potem moja mama. Pokarmu miałam dużo. Mama o mnie dbała. Dosyć szybko przyszłam do siebie. Wszystkie moje dzieci karmiłam piersią 6-8 miesięcy.

Drugie dziecko: Córka Józia urodziła się w 1947 roku na jesieni, 21 października, w dzień. Drugi poród był szybki. Po wojnie lepiej zadbałam już sama o siebie. Mówiłam mojemu, że coś będzie dzisiaj – mąż poszedł do pracy, a ja tak bardzo się cieszyłam. Sama sąsiadkę zawołałam i sąsiady mi poleciały po akuszerkę Legutkową – to była dobra, ludzka kobieta. Gdy akuszerka przyszła, pomyła ręce, zbadała, widzi że się wszystko otworzyło i że trzeba działać. Zrobiła mi kąpiel nasiadówkę w dobrej studziennej wodzie, podgrzanej ale letniej. Za rękę mnie trzymała, krzyże masowała gdy chodziłam po mieszkaniu, a potem też na boku, gdy leżałam już na łóżku. Jaki ten ból jest ostry, tak samo i zapominający – zaraz się o nim zapomina, gdy przychodzi radość ogromna, że się ujrzy dziecko. Józia była drobniejsza od Marysi. Akuszerka mówiła – „Przy pierwszym się bardziej namordowałaś. Chyba się bałaś?”. Tak, bałam się.
Łożysko zeszło – akuszerka włożyła do miedniczki, oglądała, a na końcu zakopała w ogródku pod drzewem, dość głęboko, żeby psy nie kopały. Przy pierwszym dziecku to nawet nie wiem, gdzie zakopane, bo to moja mama się już tym zajęła.

Trzecie dziecko: Syn Antoni, ostatni zuch, 4,5 kg – chłopisko. Krótko było, ale ostro. Antek urodził się 9 kwietnia 1952 roku. Poczułam ból w nocy. Mąż poszedł po akuszerkę. Ona powiedziała: „Wszystko już jest otwarte do porodu. Ania – nie będziesz długo cierpiała”. Po 1,5 godziny dziecko było na świecie, to było rano. Tuż przed urodzeniem dziecka odeszły wody płodowe. Była przy mnie akuszerka pani Sosinowa, też bardzo fajna kobieta.
Mam 92 lata. O co prosiłam moją patronkę świętą Annę, to skutek był. Różnie w życiu było. Człowiek musi wiele przejść w życiu zanim oko zamknie. Porody moje pamiętam lepiej niż wczorajszy dzień i to chciałam powiedzieć młodym, że nie trzeba się bać rodzenia. Miałam dobre akuszerki, bardzo im jestem wdzięczna po dziś dzień. Dobro od innych doświadczone to się długo pamięta – jak jest ktoś przy takim, kto cierpi, to ta cierpiąca kobieta jest podbudowana, najgorsze pokona.


 O tym, jak święta Anna przeprowadziła dziewczynę przez trzy granice

- Nie wiem, co by się ze mną stało podczas tej ucieczki z niemieckiej niewoli, gdyby nie święta Anna. – tak zaczyna swą niezwykłą opowieść pani Anna. – Mam teraz 92 lata, tyle już życia minęło, a ja pamiętam to lepiej niż wczorajszy dzień. I ten strach, i przeżycia wszystkie, i moją modlitwę którą sama do świętej Anny ułożyłam - powtarzałam ją sobie przez cały ten czas.

A było to tak: w czasie wojny Niemcy brali młodzież na przymusowe roboty do Rzeszy. W maju 1941 roku padło na moją starszą siostrę, ale ona już dała na zapowiedzi, w tę niedzielę miała wychodzić za mąż. Powiedzieli jej ludzie, że u nas jest gestapo, i ona do domu nie wróciła, ukryła się gdzieś po chałupach. W takich razach Niemcy brali kogoś innego z rodziny, ale brata starszego Józka akurat nie było w domu, a najmłodszy Piotruś był jeszcze chłopaczkiem, dopiero po pierwszej komunii. Mama była wdową. Myślała, że ja jestem bezpieczna, bo dla mamy to ja jeszcze byłam dzieckiem, szedł mi dopiero osiemnasty rok. A jednak zabrali mnie zamiast siostry, musiałam wyjść z domu tak jak stałam, bez jednej rzeczy. Wszystkich nas pojmanych zamknęli w Domu Ludowym. Pozwolili tylko żeby mi z domu przynieśli na drogę chleb i ubranie. Do Krakowa wieźli nas pociągiem. Mogłam wtedy uciec, była sposobność – w Podłężu zderzyły się dwa pociągi i powstało zamieszanie. Ale miałam stracha, żeby pod tymi pociągami nie stracić życia. Zamknęli nas Niemcy w opustoszonej szkole w Krakowie na ulicy Wąskiej. Słoma tam leżała na podłodze, na niej się spało dwa dni. Na trzeci dzień rano zaprowadzono nas pod eskortą na dworzec i pojechaliśmy do Niemiec pociągiem. Podróż trwała dwa dni. Już fabryki i bauerzy czekali na ludzi do pracy, już tam Niemcy mieli wyznaczone, ile osób gdzie wysiada, na kolejnych stacjach. Nie wiedziałam dokąd jadę. Bałam się. Szczęściem nie byłam sama. Razem ze mną była moja dobra koleżanka, Helena Laska. Przyjaźniłyśmy się od dziecka, razem my do szkoły chodziły, i razem my psociły jako dzieci. Jechałyśmy przez Katowice, Wrocław, Wiedeń. Dojechałyśmy do Bawarii. Bauer już czekał na mnie na dworcu w Plattling. Płakałyśmy z Heleną, nie chciałyśmy się rozdzielać, trzymałyśmy się za szyję. Jak dotarłam do moich bauerów, to płakałam przez cały czas, bo Helena trafiła do innego gospodarza. Szczęście miałam, że trafiłam do dobrych, uczciwych ludzi. Jak mnie bauer zobaczył wieczorem taką spłakaną, zaraz tego samego dnia wziął mnie za rękę, i zaprowadził do sąsiada, to było niedaleko, pokazał że to tam mieszka moja koleżanka. Mówił „Kameraden, kameraden”, coś tam z tego zrozumiałam. Wtedy po niemiecku umiałam tylko bitte – proszę, danke – dziękuję i Gelobt Jezus Chrystus – Pochwalony. Resztę mowy pojęłam szybko, jak już tam zostałam, bo tylko niemiecki język był wokół.

Bauer jechał na front, miał stacjonować w Krakowie. To był trzeci dzień mojego tam pobytu, patrzę – idzie do mnie wojskowy, z początku go nie poznałam, podaje mi rękę i mówi „Urlop fertig”. Pożegnał się i wyjechał. W domu została bauerka z dziećmi. Rózia lat 3 i Pepi lat 6. Na mnie mówili „Ana”, a ja do niej „Bajri”, a najczęściej tylko „Hallo”. Tam był taki chrześcijański naród w Bawarii. Dawne Niemcy, najstarsze. Przed każdym jedzeniem mówiliśmy pacierz. Bauerka jadła to samo co my, i razem z nami. Nigdy nie byłam głodna. Ale musiałam bardzo ciężko pracować. Miałam robotę przy krowach – musiałam je futrować, wyrzucać gnój i doić osiem krów trzy razy dziennie. Szybko mnie zaczęły od tego dojenia ręce tak boleć, że płakałam z bólu – do dziś mam powykręcane stawy. Oprócz tego trzeba było siana nasuszyć w lecie, przy burakach pastewnych była robota – przesadzać je, okopywać, wykopywać. Tam nie paśli na polu krów. Krowy były cały czas w stajni. Jednymi drzwiami się wchodziło dawać karmę, a drugimi doić. Bauerka przychodziła codziennie kontrolować dojenie, a mleczarz raz w tygodniu. Raz mu przy dojeniu mlekiem po oczach popryskałam, udawałam że to żarty, ale zły był.

Mieszkałam z nimi w domu. Bauerka z dziećmi na parterze, a ja na piętrze. Zamykałam się w pokoju. Darła się na mnie z dołu żeby wstawać do roboty, o czwartej rano, a jak było pieczenie chleba, to o trzeciej. Pracowałam za 40 fenigów dziennie. Dawali nam wypłatę, żebyśmy mogli czasem coś sobie kupić do ubrania albo wysłać list do domu. Trzy dni musiałam robić na znaczek, a znaczek z kopertą to już kosztował całą markę. Przychodziły też listy z Polski na adres gospodyni: Rosa Bibll, Wannersdorf, Post Lalling bei Deggendorf. W niedzielę wieczorem spotykałyśmy się z koleżanką i czytałyśmy razem listy z Jadownik. Niedziela była dniem wolnym od pracy, tylko krowy trzeba było wydoić i nakarmić. Szło się też do kościoła i od razu zameldować w biurze, podpisać listę – pilnowali, żebyśmy nie uciekli. A ja właśnie rozmyślałam o tym.

Bardzo tęskniłam za domem. Na robotach byłam rok, a mnie się jeszcze mamy chciało. Jak zaczęłam wymyślać ucieczkę, to mi się zdawało, że jestem jedną nogą w domu. Już był inny obrót myśli. Zaczęłam od tego, że do roboty w polu zabierałam mapę. Nosiłam ją ukrytą w ubraniu. Gdy nikogo w pobliżu nie było, to ją oglądałam, uczyłam się tej mapy, aż się nauczyłam. Miałam na to pół roku. Kupiłam materiał, uszyły mi tam płaszcz – pierwszy w życiu za własne pieniądze. Napisałam do domu, żeby już listów żadnych nie przysyłali. Umówiłyśmy się z moją koleżanką Heleną, że razem uciekamy. Ja zniszczyłam swoje dokumenty. Bałam się, że gdyby mnie złapali, to by mnie wrócili do bauerki, a ja bym się wtedy ze wstydu spaliła – bo była bardzo zadowolona ze mnie, ceniła mnie jako pracownika. Dobra to była kobieta, nie zasłużyła sobie na to, że ją tak oszukałam. Już wolałam trafić do więzienia, niech się co chce dzieje – byle nie z powrotem.

Był koniec miesiąca lutego. Tam jest wcześniej wiosna. Wiedziałyśmy, że na wiosnę będzie robota w polu, orka, gnój, sadzenie. Powiedziałyśmy naszym gospodarzom, że nam się już ubrania bardzo poniszczyły przez zimę i jedziemy do miasta, do Plattling, kupić sobie nowe. Mojej bauerce powiedziałyśmy, że jedziemy z tą drugą - sąsiadką, a tej u której pracowała Helena, że jedziemy z moją bauerką. Spakowałam w nocy wszystkie rzeczy w walizkę i zakopałam ją w śniegu pod kapliczką, a była wtedy zima stulecia, śniegu po pas. Moja bauerka potwierdzała to potem w zeznaniach, że nic na ucieczkę nie wskazywało, do autobusu poszłam z jedną torebką, mapę zostawiłam w pokoju - umiałam już ją na pamięć. Spotkałyśmy się z Heleną, odkopałyśmy ze śniegu walizki i poszłyśmy do autobusu 18 km w nocy. Jechałyśmy do takiej miejscowości, gdzie była stacja kolejowa, aby się przesiąść na pociąg do Wiednia, który miał odejść pięć minut po północy. Ale z powodu tej wielkiej zimy autobus się spóźnił i pociąg już odjechał. Musiałyśmy czekać całą dobę do drugiej północy, w zimie, w obcym mieście, my obie uciekinierki. I wtedy się zgubiłyśmy.

Dworzec we Wiedniu był zaciemniony, bo Niemcy bali się bombardowania. Schodziliśmy po ciemku po schodach i tłum ludzi nas rozdzielił. Ja szukałam Heleny na górze, ona była już na dole. Nie wiedziałam co mam robić i tylko się modliłam do świętej Anny takimi słowami: „Święta Anno prowadź mnie. O to proszę Cię. Tyś mnie do wody przyprowadziła, pić wody dałaś, oczy obmyłaś. Długo leczyłaś mi moją duszę, by zmienić katusze”. I wtedy pomoc nadeszła. Wcześniej jechała z nami autobusem jedna Niemka. Mówiłyśmy jej, że jedziemy na urlop do mamy. Ta Niemka zobaczyła, że my się zgubiły na dworcu, i że ja płaczę bo nie wiem co mam robić sama w środku nocy, w taką zimę, i zabrała mnie na nocleg. Bałam się iść do obcych ludzi, ale ona była bardzo uprzejma. Spałam tam w dużym pokoju w takim staroświeckim łóżku, miało ozdobne wielkie złote gały. Ta Niemka przyprowadziła w nocy córkę, młodziutką dziewuszkę, która ze świecą, w nocnej koszuli, przyszła popatrzeć na mnie, ale ja udawałam że śpię, bo nie miałam już siły z nimi rozmawiać. Rano mnie obudziły, dały śniadanie i kanapkę do torebki, powiedziałam im że muszę iść na North Bahnhof, a one zaprowadziły mnie do autobusu i kazały wysiąść na trzecim przystanku, i jeszcze kierowcę pouczyły, by mnie przypilnował, żebym dobrze wysiadła – i tak się stało. Dałam na bagaż walizkę i przechadzałam się cały dzień, specjalnie tak, żeby się nie rzucać w oczy. W walizce miałam same nowe ubrania – jak mnie zamkną do więzienia, to żeby było w czym chodzić. Wieczorem poszłam już z walizką na dworzec, i słyszę, że ktoś kaleczy język polski, jakby trochę po góralsku albo po śląsku. A to były baby z takimi wielkimi baniami, co handlowały mlekiem. Poszłam spytać, skąd są? Odpowiedziały mi tak: „Z Krakowa, z ulicy Gołębiej, my się tutaj za mąż wydały. A ty co tu robisz, dziewuszko? – Jadę na urlop do mamy. – A to idźże se tam, w poczekali mnóstwo Polaków”.

I tak zrobiłam. To była taka mała wąska poczekalnia, pełna ludzi. Weszłam tam, zobaczyłam że naprawdę wszyscy mówią po polsku, i powiedziałam tak: „Słuchajcie, ja uciekam. Nie mam przy sobie świstka papieru. Trzeba mi bilet kupić do Krakowa”.

To byli porządni ludzie. Znów mi święta Anna pomogła. Może się bali pomagać uciekinierce, ale bilet kupili. A potem chłopy mówią tak: „Halo, kobiety, trzeba nam cały przedział zająć na grandę tylko dla Polaków, bo to dziecko ucieka”. Tak zrobili. Jechałam wśród nich w przedziale. A przez granicę – chowałam się pod ławkę, na gorących rurach jechałam, a duszno było tak, że aż mi się krew z nosa puściła. Widziałam tylko nogi. Cięgiem ino powtarzałam „Święta Anno prowadź mnie. O to proszę Cię. Tyś mnie do wody przyprowadziła, pić wody dałaś, oczy obmyłaś” – tę moją modlitwę, którą sama ułożyłam. Dwie granice tak przekroczyłam. Na trzeciej granicy znów mi pomogli dobrzy ludzie. Jechała tam ze mną kobieta, która też pracowała u Niemców. Ona i jej mąż handlowali sacharyną. Gdy się dowiedziała, że jest w ciąży, miała wracać na urlop do domu w styczniu, ale jej nie puścili, tylko przetrzymali jeszcze miesiąc. Miała przy sobie dwie przepustki – tę starą niewykorzystaną, i nową. Mnie dała tę starą. Styczeń tam był oznaczony jedną kreską, a my w przedziale dopisali drugą kreskę i już był w papierach luty. Tylko że my pisali to ołówkiem chemicznym, znać było różnicę, bo tamto napisano atramentem. Przekraczaliśmy trzecią granicę, pociąg stoi, dłuży się. Kontrolerzy przeglądają te papiery i przeglądają, a ja się boję. „Święta Anno, Tyś jest ze mną”. Przyszedł kontroler do mnie, obejrzał pismo, i tylko patrzył, raz na mnie, raz na paszport. Widział różnicę w atramencie, i widział że mam fioletowe wargi, bo żeby ołówek chemiczny pisał mocno jak pióro, to trzeba było go poślinić. Ale w końcu nic nie powiedział, poskładał papier że był malutki jak kostka cukru, wcisnął mi go do ręki i na koniec mocno mi tę rękę uścisnął. Myślę że to może był jaki Polak, dobry człowiek.

W Krakowie na peronie spotkałam brata. On handlował żywnością i właśnie skądś wracał do domu. Tym samym my mieli wracać pociągiem. Stał z kimś i rozmawiał, a ja długo na niego patrzyłam, w końcu mówię: „Józek, a to nie poczułeś, że Hanka przy tobie stoi?”. Dopiero jak nie skoczył, jak nie uścisnął. Razem żeśmy wracali do domu pociągiem do Brzeska Słotwiny, a dalej na nogach. Przy bramce żeśmy się spotkały z mamą, która wracała od świętej Anny z Bocheńca. Matce się chciało w taką zimę na górę iść, modlić się. I jak mnie tylko zobaczyła, to odwróciła do Bocheńca i zawołała: „Tyś mi ją wróciła!”. Mama cały czas nie traciła nadziei. Nawet gdy brat wyjeżdżał na handel, to ona mu mówiła „Józek, przywieź Hankę”. W środę na wieczór już byłam w domu, a ucieczkę  zaczęłam w poniedziałek, 28 lutego 1942 roku. I rok później, 28 lutego, brałam ślub w tę rocznicę. Narzeczony? – to kolega brata był ze szkoły, my się wcześniej poznali, napisał do mnie 3 listy do Niemiec, a potem jak wróciłam, to zaraz do mnie przyszedł. Przez ten rok nie było u nas gestapo ani raz. Oni nie wiedzieli, że jestem tu z powrotem. Pewnie myśleli, że taka młoda, to by nie dała rady uciec tak przez trzy granice. A to wszystko dzięki świętej Annie! Mnie się w Wiedniu udało, ale koleżankę moją Helenę, tę co się zgubiłyśmy na dworcu, pojmali, wylegitymowali – ona miała papiery przy sobie – i parę tygodni w więzieniu trzymali. Bauer sam po nią do Wiednia przyjechał. Na moje miejsce dali chłopaka z Jasienia, Wiatr się nazywał. Oni się potem z Helenką pożenili i po wojnie wyjechali do Australii, tak jak wielu Polaków. On już zmarł, ale ona żyje do dziś. Nigdyśmy się przez te lata już nie widziały, ale pisałyśmy listy i wszystko wiem, co u niej się działo. To była piękna przyjaźń od dziecka. Wszystkiem my się dzieliły, i dobrym i niedobrym. Ostatnio w telewizji puścili taki film o Australii, dokumentalny, to mało obiadu nie przypaliłam, tak pilnie oglądałam, a ręce mi się aż trzęsły z przejęcia, że to ta Australia, co to moja Helenka tam mieszka.

Czego żałuję, to że nigdy mi więcej dane nie było odwiedzić później tego Wiednia, tej Bawarii. Chciałabym zobaczyć te tereny jeszcze raz. Bauerzy już nie żyją, ale dzieci ich żyją.

Tę historię mojej ucieczki chciał usłyszeć kiedyś ś.p. ks. kanonik Kordela, gdyśmy byli razem na jakich prymicjach, i on powiedział wtedy, że to się nadaje na artykuł. A teraz to już nie wiem, czy ludzie się nie będą śmiali. Człowiek musi wiele przejść w życiu zanim oko zamknie. O co prosiłam moją patronkę świętą Annę, to skutek był. „Święta Anno prowadź mnie. O to proszę Cię. Tyś mnie do wody przyprowadziła, pić wody dałaś, oczy obmyłaś. Długo leczyłaś mi moją duszę, by zmienić katusze. Po jakimś czasie gdy wyzdrowiałam, przysięgę swoją dla Ciebie dałam. Za to żeś mnie uzdrowiła, ja Twoje imię będę sławiła i do Ciebie się modliła”. Warto się modlić.

 Sabina Jakubowska