Pani Aleksandra, 1920


Jestem córką położnej, która całe moje pokolenie na świat przejęła, z całej wsi, choć niekształcona, ale miała doświadczenie, talent do porodów i odwagę. Bo nie było akuszerki żadnej nigdzie, tylko stare baby odbierały porody.
Moja matka nazywała się Katarzyna Bednarek z domu Lech z ojca Jana i to ojciec ją wychował, bo jej matka zmarła przy porodzie. Ojciec myślał, że dziecko bez matki też umrze. Przyszły kumy i orzekły, że oczka ma żywe i żyć będzie. Dawniej jeszcze gorzej było niż teraz, jeść nie mieli co - moja mama miała starszą siostrę i dwóch braci. Ale jakoś ją ten ojciec wychował.
Wyrosła, może do pierwszej klasy tylko chodziła, ale bieda była taka, że tam każdy zarobku musiał szukać, starsza siostra pojechała za pracą do Ameryki, a moja matka na służbę poszła, krowy pasła. 17 lat miała, gdy za mąż wyszła. Mój tata był 8 lat starszy od niej, już po wojsku. Sześcioro dzieci urodziła: pięciu synów i mnie jedną córkę. Władek, Franek i Janek byli starsi ode mnie. Ja się urodziłam 17 stycznia 1920 roku, po tym jak tata do mamy z wojny wrócił. Dali mi na imię Aleksandra. Rodzice i bracia wołali mnie "Leosia". Dwa lata po mnie urodził się jeszcze Wojtek, a dwa lata po nim – Antek. Ludzie wiedzieli, że mama doświadczona i rozumna. Często ją do porodów wołali. Nieraz to było tak: robiła w polu, a jak potrzeba była, sąsiady przylecieli „Chodźcie chodźcie Bednarkowo, bo moja będzie rodzić”. Czasem wieczorem, a czasem w nocy ją wołali. I ona tam szła, dziecko przyjęła, pępowinę podwiązała, dziecko ukąpała. Nieraz za „Bóg zapłać”, a nieraz za garść grochu albo czego do jedzenia. A jeszcze jak wiedziała, że idzie do chałupy, gdzie bieda aż piszczy, i wiedziała, że ta biedna kobieta nie ma nawet w co dziecka swojego owinąć, to mama swoje własne świeżo wyprane prześcieradła z domu brała i im dawała dla tego dziecka. Jak moja mama była mała, to w innej wsi była jedna akuszerka szkolona, ale potem już nie. Ona nie miała się u kogo uczyć, tylko z własnego doświadczenia. Pomagała przy porodach wiele lat, najpierw po sąsiadach, potem po całej wsi, a później też chodziła albo jeździła do innych wsi, dopóki w gminie nie wykształcili innej akuszerki. Musiała to lubić, bo mnie też chciała na akuszerkę wyuczyć, ale ja nie chciałam, nie czułam tej roboty. Moich pięcioro dzieci też mama przyjęła na świat w domu. Tylko najstarsze urodziłam w szpitalu.
Byłam wtedy na służbie u Niemców, miałam jechać tylko na parę miesięcy, zostałam na kilka lat, żeby zarobić na dom. Miałam może 17 lat albo 18, gdy jechałam do Prus, tam gdzie Gołdap. Gospodarzami byli starsi Niemcy, pracowałam u nich w polu bardzo ciężko. Wody zeszły mi w nocy. Gospodyni się nie przyznałam, aż dopiero wzięły mnie mocne bóle, i wtenczas musiałam jej powiedzieć. Ona pokrzyczała, pokrzyczała, a potem się mną zaopiekowała i zawiozła do szpitala. Gospodyni pojechała, ja zostałam. Na domu porodów był bocian. Dużo tam było Polek, ale lekarzami byli Niemcy. W szpitalu dobre były warunki. Na jednej sali leżały 4 położnice blisko siebie. Rano pojechałam, na wieczór się urodziło dziecko. Byłam sprawna, zdrowa, dużo pracowałam. Kazali leżeć  i moje dziecko urodziło się na stole. Dały na chwilę do piersi i zabrały z powrotem. Opaska na rękę, żeby było wiadomo czyje. Gdy się córka rodziła, to nacięli i później mnie musieli zaszyć w uśpieniu. Uśpili i robili, co chcieli. To była wojna wtedy, 1943 rok. Ksiądz był Niemiec, nie umiał po polsku, ale zakonnica pielęgniarka dziecko do chrztu podała i jakoś ochrzcił po swojemu. Dziecku dałam na imię Janina po jej ojcu, którego zabrali na front. Nie wiedziałam, czy on żyje. Gospodarze przyjęli mnie z powrotem. Polubili moją córkę bardzo, bo oni nie mieli swoich dzieci. Córkę karmiłam kilka miesięcy, ale ciężko pracowałam w polu i nie miałam pokarmu żeby ją wykarmić. Kiedy wróciłam, to już mieszkałam razem z mamą i wtedy wszystkie następne porody były przy mojej mamie. W 1948 urodziła się Krysia. Podobało mi się to imię, bo u Niemców często wołali na dziewczynki Kristin, ładnie to było. Krysia urodziła się prawie przy robocie. My z mężem moim Stefkiem i z rodzicami rozrzucaliśmy nawóz na polu, mieliśmy mórg pola, było trochę pracy przy tym. Już było blisko do granicy z innym polem, więc między bólami kończyłam robotę, już zaczęły mi wody schodzić. Przyszliśmy do domu i schyliłam się żeby sobie podpalić pod piecem i wody nagrzać do mycia, ale już nie dałam rady, więc zawołałam mamę i poszłam prosto do łóżka. Ledwie się położyłam i już się Krysia urodziła.
W 1950 syn Mietek się urodził. Jeszcze w Boże Narodzenie szłyśmy z mamą do kościoła na nogach. Pół godziny trzeba było do kościoła iść. Uszłam kawałek, silne bóle mnie wzięły bo mama szła szybko. Poczułam te bóle i mówię mamie, że nie dam rady tak szybko iść. Poszłyśmy wolniej, zaszłyśmy do kościoła spóźnione, ale bóle się uspokoiły i przeszły aż do 31 grudnia. Mietek urodził się o 4 rano pierwszego stycznia, akurat w Mieczysława. Spałam i od bólów się w nocy obudziłam, i raz dwa to wszystko poszło. Mama była przy mnie, dziecko przyjęła, zawiązała pępowinę, nagrzała wodę do kąpania, a później dała mi go do piersi.
Hanię mi bocian przyniósł na 19 marca, prawie na Józefa, parę lat później. Też w domu rodziłam. Akurat my mieli stawiać dom. Urodziła się w marcu, a stawialiśmy we wrześniu. W dzień się urodziła, szybko wszystko poszło. A potem karmiłam i kołysałam, żeby spała, bo dużo pracy było.
Po niej się jeszcze urodzili Marysia i Tadek, ale już mi się mylą te porody. Marysia się rodziła na Matkę Boską Gromniczną. Tadek ostatni, powinnam pamiętać, ale już mi się myli, a jak sobie wspomnę jego twarz za dziecka, to mi się zdaje taki podobny w dzieciństwie do moich młodszych braci Wojtka i Antka, że już mi się całkiem miesza jaki on wtedy był.
Wszystkie moje dzieci były malutkie, do rodzenia dobre. Włoski miały gdy się urodziły. Z łożyskiem to ani nie wiem, co mama robiła. Co się wtedy z łożyskami robiło? – Nie interesowałam się. Po porodzie to się 3-4 dni leżało w łóżku, ale potem to się już wychodziło. Karmiłam dzieci po 3 miesiące. Krótko, bo później roboty było tyle, że nie miałam czasu ani jeść i pokarm się skończył. Dawałam im mleko od krowy, a smoczki się robiło ze szmatki. Jak nie było butelki, to się łyżeczką karmiło. Mama mi przy dzieciach bardzo pomagała, gdy ja w polu robiłam.
Przy wszystkich porodach mniej się czuło bóle, gdy się chodziło, gdy się robiło w domu, w obejściu i w polu, niż gdy się leżało, jak wtedy w tym niemieckim szpitalu. Przy pracy to i lepszy poród był, lżejszy. Ale kto by tam dawniej leżał, gdy roboty było tyle – grabiami, motyką, kto tam się ze sobą cackał. Dziś młode to nic nie robią, i dziwią się, że ze wszystkiego same komplikacje, ledwie ciąża a już komplikacje, poród - komplikacje. Dawniej to nie było żadnych komplikacji. Kto miał żyć, to przeżył. Moja mama przez te wszystkie lata pracy akuszerskiej nie miała ani razu skomplikowanego porodu. Wszystko się jej udawało szczęśliwie przeprowadzić. Była taka jedna kobieta, która nie mogła urodzić i jej chłop już zaprzęgał wóz, żeby wieźć ją do szpitala. Ale ten szpital był daleko, i moja mama nie zgodziła się aby tę rodzącą tak daleko wozić. Ona już nawet na wozie leżała, na sianie, ale moja mama kazała aby tę rodzącą z wozu zdjąć z powrotem do domu. I ona jednak w domu szczęśliwie urodziła przy mojej mamy pomocy. To był jeden jedyny trudny przypadek, gdy się ten poród przeciągał. Ale były też przypadki inne: przyszła do mojej mamy kobieta z dalsza, sama przyszła o własnych siłach i mówi: „Chodźcie bo będę rodzić”. Mama ją odesłała żeby wracała do domu, i że już do niej idzie. Dziecko się przy drodze urodziło, ta kobieta zawinęła je w fartuch co go miała na sobie, i poszła z dzieckiem w fartuchu do domu. Takie to były wtedy matki.

Sabina Jakubowska